środa, 23 lipca 2014

One Shot IV


           Usłyszała trzaśnięcie drzwiami i jeszcze bardziej skuliła się na łóżku. Wiedziała, że znów wrócił pijany, i że znów będzie chciał się z nią kochać. No chyba, że w clubie znalazł sobie jakąś chętną więc jej da dziś spokój i pozwoli przespać noc. Jutro musi wstać na uczelnie więc chciałaby się wyspać.
           Drzwi sypialni otworzyły się i po chwili zamknęły. Usłyszała jak chodzi po pokoju by po chwili zniknąć w łazience a już po chwili usłyszała lejącą się wodę. Odetchnęła z ulgą bo wiedziała, że to oznacza iż dziś da jej spokój i pewnie było tak jak myślała. Znalazł sobie jakąś w clubie.
           Po jej policzkach spłynęły łzy bo wiedziała, że znów została zdradzona, poniżona.
           Zamknęła oczy gdy usłyszała jak wychodzi z łazienki a po chwili wsuwa się pod kołdrę i przytula się do jej pleców i całuje jej policzek. Owiał ją jego oddech i stwierdziła, że nie czuć w nim alkoholu. Ułożył głowę na jej ramieniu i czuła jak się w nią wpatruje.
           -Dziś powiedziano mi, że jak tak dalej będę się zachowywał to Cie stracę – usłyszała jak jego głos zadrżał – A ja nie chcę...nie mogę Cię stracić Courtney. Nie mogę bo jesteś wszystkim co mam. I naprawdę dziękuję Bogu, że nie podsunął Ci pomysłu by odejść ode mnie. Nie poradziłbym sobie z tym. Wiem, że jestem palantem, ale ten palant naprawdę Cię Kocha. Naprawdę – pocałował ją w policzek i położył głowę na poduszkę nie wypuszczając dziewczyny z ramion. Courtney miała ochotę się rozpłakać. Czy to naprawdę się działo? Czy jej Justin wraca? Tak bardzo chciała wierzyć, że tak jest.

           Opadli na łóżko ciężko oddychając. Pierwszy raz od tak dawna kochała się z nim nie z musu a z prawdziwej chęci i pożądania. Poczuła jak splata swoje palce z jej i uśmiechnęła się szeroko.
           -To było coś niesamowitego – o tak tu musiała przyznać mu rację. Dawno nie czuła czegoś takiego. Uśmiech nie schodził z jej twarzy - Kocham Cię Courtney. Naprawdę Kocham.
           -Ja Ciebie też Justin ja Ciebie też.

           Otworzyła drzwi mieszkania i weszła do środka. Dziś odwołali trzy ostatnie zajęcia ponieważ profesorka się rozchorowała za co dziękowała w duchu ponieważ od rana źle się czuła i kilka razy już zwracała. O mało nie wywróciła się o czyjeś buty rzucone w przedpokoju. Chciała już krzyknąć na Justina, że naprawdę powinien układać je gdy wraca, ale zauważyła, że to nie o buty Justina się potknęła tylko o jakieś damskie botycznie wysokie szpilki o kolorze różu. Coś w jej żołądku się przewróciło gdy usłyszała z ICH sypialni głosy. Na trzęsących się nogach ruszyła w tamtą stronę. Otworzyła drzwi i do jej oczu momentalnie napłynęły łzy gdy zobaczyła jak jej chłopak uprawia seks z jej najlepszą przyjaciółką, która opuściła dziś wykłady ponieważ źle się czuła. Załkała zwracając tym samym na siebie uwagę dwójki zajętych sobą osób.
           -Courtney... - Justin szybko wstał i zaczął ubierać na siebie bokserki. Szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia a chłopak zaraz a nią. Otworzyła drzwi mieszkania i wybiegła na zewnątrz - Cortney zaczekaj...proszę Cię Courtney! - biegła przed siebie i nie zważała na to, że zaczęło padać. To tak cholernie bolało. Owszem to nie pierwszy raz jak ją zdradził, ale co innego jest się domyślać a co innego zobaczyć to na własne oczy.
           Zatrzymała się dopiero wtedy gdy zauważyła, że stoi pod domem swoich rodziców. Wahała się czy wejść na posesję i zapukać do ich drzwi. Nie rozmawiała z nimi od roku odkąd zamieszkała z Justinem. Rodzice nie potrafili pogodzić się z tym, że chce ona już zacząć układać sobie życie po swojemu. Ale gdy z daleka zauważyła czarnego Land Rovera nie zawahała się i już po chwili pukała w drewnianą płytę.

           Siedziała w kuchni w domu swoich rodziców i obracała w dłoniach kubek z herbatą, która już dawno ostygła. Minęło pięć tygodni odkąd wyprowadziła się od Justina i rozstała się z nim. Miała zamiar ułożyć sobie życie od nowa. Zacząć od nowa. Miała nawet przenieść się z Kanady do Los Angeles a teraz co? Teraz wszystkie jej plany legły w gruzach. Dopiero co zaczynała uczyć się żyć bez Justina, bez jego obecności a tu takie coś. Chciała po prostu o nim zapomnieć a los płata jej figle.
           -Cześć Kochanie! - usłyszała trzask drzwi i głos mamy. Po chwili kobieta weszła do kuchni i spojrzała na córkę by już po chwili ją tulić do siebie - Skarbie co się stało?
           -Justin nie daje o sobie zapomnieć mamo...
           -Jak to? Był tu? Był na uczelni? - matka zasypała ją pytaniami.
           -Nie mamo - dziewczyna przełknęła ślinię i spojrzała na rodzicielkę - Po prostu jestem w ciąży. Dziewiąty tydzień.


           Siedział w kawiarni i nerwowo stukał palcami o blat stolika. Denerwował się. Denerwował ogromnie. Po pięciu tygodniach starań zgodziła się z nim spotkać. Jego Courtney zgodziła się z nim spotkać. Dopiero gdy ją stracił zrozumiał jak bardzo ważna jest dla niego blondynka. Ile znaczy w jego życiu. Heh ona jest jego życiem i on ma zamiar po raz kolejny o to życie walczyć.
           Usłyszał otwierane drzwi kawiarenki i podniósł głowę. Jego serce zabiło mocno gdy zobaczył blondynkę stojącą i rozglądającą się. Gdy napotkała jego osobę to ruszyła w jego kierunku. Ściągnęła pomarańczowy płaszczyk i zawiesiła go na oparciu krzesła po chwili siadając na nim.
           -Witaj Courtney. Napijesz się czegoś? Kawy?
           -Czekolady - kiwnął głową na znak, że rozumie po czym wstał od stolika i podszedł do kasy aby zamówić napoje. Wrócił do stolika stawiając przed dziewczyną kubek z napojem, o który poprosiła a ona objęła papierowy kubek dłońmi próbując je w ten sposób ogrzać.
           -Dziękuję, że zgodziłaś się ze mną spo...
           -Jestem w ciąży Justin. Trzeci miesiąc - chłopak wpatrywał się w dziewczynę wielkimi oczami. Czy ona sobie żartowała? Okej może i ją skrzywdził, ale czy to powód aby sobie tak z niego żartowała?
           -Żartujesz prawda?
           -Chciałabym Justin - chwyciła za swoją torebkę i po chwili podsunęła mu zdjęcie z USG. Wpatrywał się w nie jak zaczarowany. Zauważył główkę, rączki, nóżki. Czy to oznaczało, że naprawdę zostanie ojcem? Ojcem dziecka kobiety, która jest dla niego wszystkim? To dziecko...to dziecko może być jego przepustką do szczęścia. Do odzyskania Courtney.
           -Nie chcę od Ciebie niczego po prostu uznałam, że masz prawo wiedzieć ponieważ ono jest moje jak i Twoje. Zdjęcie możesz zachować jeśli chcesz mam drugie.
           -Wróć do Mnie Courtney.


           Leżała na kanapie a dłoń trzymała na sporo już zaokrąglonym brzuchu. To już szósty miesiąc i lekarz stwierdził, że ja jak na szósty miesiąc to ma duży brzuch. Nawet za duży. Dziś miała mieć kolejne badanie, ale niestety żadne z rodziców nie mogło z nią pojechać, autobusem nie pojedzie a już na pewno nie pójdzie pieszo.
           Spojrzała na zegar wiszący na ścianie na przeciwko, który wskazywał godzinę dziewiąta rano. Za dwie godziny ma wizytę a jeszcze nie skombinowała sobie transportu. Wiedziała do kogo mogłaby zadzwonić, ale nie widziała się z nim od ich ostatniej rozmowy. Chciał aby wróciła do niego, ale ona nie potrafiła. Za bardzo ją skrzywdził. Pokręciła głową na boki chcąc wyrzucić z siebie te myśli. Chwyciła za telefon i już po chwili słyszała przeciągły sygnał.

           -Courtney White? - wstała z krzesła przy pomocy Justina oczywiście, który też musiał ją podprowadzić pod gabinet. Naprawdę rozmiary jej brzucha były przerażające - A pan to...?
           -Jest ojcem dziecka. Chcę aby był przy badaniu - Justin z niedowierzaniem jak i szokiem spojrzał na blondynkę, która nie patrzyła na niego. Weszli razem do gabinetu a doktor od razu kazał jej się położyć na kozetce. Tak też zrobiła i podwinęła od razu bluzkę.
           -Pan się tak nie denerwuje to nic strasznego - zaśmiał się lekarz widząc przerażoną i bladą twarz Justina - Usiądź sobie na taboreciku i patrz - chłopak zrobił tak jak kazał mu lekarz i już po chwili na ekranie mógł podziwiać swoje własne dziecko.
           -Panie doktorze wszystko w porządku - zapytała dziewczyna widząc dziwną minę lekarza.
           -Tak tylko...
           -Tylko co?
           -Posłuchajcie... - po chwili po pomieszczeniu rozniósł się dźwięk bicia serduszka - Słyszycie? - młodzi spojrzeli na lekarza nie wiedząc o co chodzi, ale po chwili Courtney zmarszczyła brwi.
           -Czy to...
           -Serduszka...dwa.
           -Dwa? - zapytał Justin - Jak to dwa?
           -A to, że będziecie mieli bliźniaki.

           -Bliźniaki? - zapytała matka dziewczyny - To trzeba dokupić jeszcze jedno łóżeczko, i kupić nowy wózek i...
           -Mamo - dziewczyna złapała mamę za dłoń wychylając się przez długość stołu - Uspokój się - powiedziała z uśmiechem na twarzy. Wiedziała, że trzeba dokupić jeszcze raz tyle rzeczy, ale wiedziała też, że jeszcze zdążą to zrobić - Mamy jeszcze czas.

           -Tak mamo jestem pewna, że możecie iść na ten bankiet - przewróciła oczami zapewniając mamę po raz tysięczny chyba, że mogą z tatą pójść na organizowany w taty pracy bankiet - Mamo to dopiero siódmy miesiąc nic mi nie będzie - dokończyła.
           -Ale...
           -Na litość Boską mamo idźcie już! - zaczynała tracić cierpliwość. Jej mama mruknęła coś pod nosem, ale już nie sprzeciwiała się więcej z córką ponieważ wiedziała, że ta jest uparta równie mocno co jej ojciec i nie wygra. Po raz ostatni ucałowała jej czoło po czym wraz z mężem opuścili dom.
           Courtney skierowała swoje kroki w stronę kuchni by z zamrażalnika wyjąc cały kubełek lodów jabłkowo-miętowych. Nigdy nie lubiła jabłek, ale odkąd zaszła w ciąże jej zachcianki zadziwiają ją samą. Pokrywkę od kubełka zostawiła na blacie w kuchni a z szuflady wyjęła łyżeczkę i razem z tym wszystkim udała się do salonu by po raz milionowy obejrzeć film pod tytułem ‘TITATNIC’. Kochała ten film i mimo, że znała go całkowicie na pamięć to za każdym razem wywoływał u niej takie same emocje.
           W połowie filmu zachciało jej się bardzo siku więc zatrzymała film i na tyle na ile pozwalał jej brzuch tak szybko udała się do łazienki. Weszła do wykafelkowanego pomieszczenia i podeszła do ubikacji. Ściągnęła swoje dresowe spodnie i usiadła. Siedziała tak chyba z pięć minut, ale nie załatwiła się co zaczynało ją już naprawdę irytować. Już tak miała kilka razy i za każdym razem wychodziła zła z łazienki. Tak było i tym razem. A raczej prawie tak samo. Zgasiła światło i zamknęła drzwi gdy poczuła jak coś mokrego ścieka po jej nogach. Nie no świetnie jeszcze tego brakowało by nie miała czucia. Wściekła ruszyła do swojego pokoju, ale zatrzymała się po dwóch krokach gdy poczuła silny przeszywający podbrzusze ból i skuliła się. Złapała obiema dłońmi brzuch i starała się go rozmasować, ale ból się nasilał. Wiedziała co to może oznaczać, ale była tym przerażona. To był dopiero siódmy miesiąc! To za wcześnie. Gdy poczuła kolejny silny ból chwyciła za wiszący na smyczce telefon i wykręciła tak dobrze jej znany numer. W tej chwili chwaliła pod niebiosa pomysł mamy z tą smyczką. Wcześniej była zirytowana tym pomysłem, ale teraz była wręcz w niebo wzięta.
           -Halo?
           -Justin...rodzę.

           Leżała wyczerpana na sali z przymkniętymi oczyma. Była zmęczona, obolała, ale za to bardzo szczęśliwa. Urodziła dwójkę zdrowych maluchów, które jako wcześniaki muszą pobyć w inkubatorze. Dwa małe skarby. Chłopczyk i dziewczynka. Braian i Hope. Jej...ICH dwa szczęścia.
           Usłyszała otwierane drzwi i kroki. Otworzyła oczy i zobaczyła Justina, w którego oczach widniały łzy.
           -Widziałeś? - zapytała i uśmiechnęła się do niego.
           -Tak - powiedział - Są cudowne. Są nasze.
           -To prawda - szepnęła - Justin?
           -Tak?
           -Kocham Was.